top of page
  • Zdjęcie autoraWoytz

ZAPISKI Z PRAWIE SAMOTNEGO REJSU 

Zaktualizowano: 7 dni temu

[Tym razem gościnnie na blogu Woytz]


Nie rozpoczyna się niczego w piątek, szczególnie rejsu. Na dodatek samotnego rejsu we dwóch i to wtedy, gdy przez całe Wybrzeże gonią człowieka "wściekłe psy" Kapitana Szafranowicza.

- No, to wyjdziemy w morze tuż przed północą, ale jeszcze w czwartek- ogłosił, najwyraźniej przesądny, przyszły Samotny Żeglarz. Przeliczyłem, że to za jakieś dwie godziny

i natychmiast zasnąłem. Trzeba było odgonić te "pieski", nim zacznie się następna historia.


***

Był nadal czwartek. Stanęliśmy na pomoście. Samotny uścisnął mi dłoń i powiedział trochę podniośle:

-Do widzenia! -

Mruknąłem pod nosem to samo, by jak najszybciej przekłuć nadmiernie nadętą chwilę i schować się za parawanem mojej nowej roli. Zostałem obserwatorem pierwszego treningu przyszłego oceanicznego samotnika.

Minutę chyba przed północą wypłynęliśmy z Czterech Wiatrów. Przez następną godzinę wszystko na jachcie drżało trzęsione wolnoobrotowym silnikiem sprzed prawie czterdziestu lat. Terkotało i kołowało od tego w mózgu i wnętrznościach. Obok przepływały to kanał, to falochron, a następnie światła wejściowe do portu. Po nich morska fala bezlitośnie zarzuciła mniej niż ośmioma metrami kadłuba łącznie z żywą i martwą zawartością.


***

Po godzinie było jasne, że nie ma co panikować i po prostu trzeba się do huśtawki przyzwyczaić. A tu nagle prawie cisza, silnik wyłączony i tylko woda łomotała w kadłub. Miarowo, co kilka sekund. Śledziłem z dziobowej, co tam Samotny porabia. To znaczy bardziej słuchałem, niż patrzyłem, bo noc ciemna, a ja siedziałem pod pokładem. Rozniósł się zaraz po laminacie łomot butów i po chwili zafurkotał stawiany na wiatr żagiel.


***


Samotny

Postanowiłem wyjrzeć z dziobowej. Niebo całe w gwiazdach. Kurs na tylne światła Wielkiego Wozu. Coraz większe fale wypełzały z ciemności błyszcząc grzbietami i zaraz zwalały się ze złośliwym impetem na rozpędzoną prawami fizyki łupinę. Kołysało i miotało mną, aż znowu zmogło. Kątem oka popatrzyłem jeszcze na Samotnego, który przy nędznym światełku ślęczał nad dziennikiem pokładowym. Coś tam przy tym do siebie mamrotał. "Niezauważalnie" poobijałem się trochę w drodze do koi i natychmiast zasnąłem.


***

Ocknąłem się w ciemnościach. Zimnica wilgotna, zupełnie, jak w trumnie, tyle, że z jakiegoś podrzędnego lunaparku. To w górę, to bezwładnie w dół, a czasem uderzenie głową w plastik i prawie omdlenie, więc kląłem, na czym świat stoi i wciągałem na siebie, w coraz bardziej cyrkowych pozycjach, kolejne warstwy ubrań.


***

O szóstej Samotny "włączył" mnie jako kolejne urządzenie pomagające w samotnej żegludze. Zostałem alarmem zbliżeniowym, to znaczy wpatrywałem się w morze, czy przypadkiem nie sunie na nas jakieś stalowe przeznaczenie -jakby płynęło, to miałem gwizdać. Samotny poszedł spać, a łódkę prowadził bzyczący samoster. Po półgodzinie oczy zaczęły mi się same zamykać, mimo, że właśnie świtało. Nie napatrzyłem się jednak zbyt długo, bo Samotny już po godzinie wstał i wyłączył alarm.


***

Zbudziły mnie przekleństwa Samotnego. Zobaczyłem go nad kuchenką. Oho - pomyślałem - zdaje się, że mamy pierwszą awarię! Z zachowania reperującego wywnioskowałem, że trzeba się pogodzić z perspektywą zimnych posiłków do końca rejsu. Zrobiłem zdjęcie Samotnemu walczącemu o ciepłe herbaty dla nas obu. Przyjrzałem się też mapie, na której zaznaczone było pięćdziesiąt mil, czyli jakaś jedna piąta drogi do nawrotu.


***

Przesiadywałem to pod pokładem, to na nim. Niby się z Samotnym nie zauważaliśmy, niby nie gadaliśmy, ale tak jakoś mimochodem, to się trącimy, to coś tam zamruczymy, albo chrząkniemy - swoisty zastępczy system komunikowania zaczynał rodzić się samoistnie. Mieliśmy rozwinięte dwa żagle ? Samotny wciągnął drugiego foka w kolorze zgaszonej czerwieni. Wiatr dął w rufę, a na dziobie nadymał się biało-czerwony, szmaciany motyl. Kuchenkę udało się jakoś naprawić, bo około południa Samotny zaczął podgrzewać flaki z plastikowej torebki. Jeszcze na lądzie zapowiedział, że będzie regularnie sobie gotował, a przy okazji, żeby nie robić zbędnego zamieszania, ugotuje coś dla mnie. Siedziałem w kokpicie ? samoster pobzykiwał mechanicznie, utrzymując łódkę na właściwym kursie. Samotny tymczasem pichcił. Fala miotała odrobinę, więc rozlewanie na talerze szło powoli, z mszalnym prawie namaszczeniem. A i tak trochę się ulało na lewą bakistę. Diabli wiedzą, co mnie pchnęło, żeby to zetrzeć, bo już Samotny przysiadał w rozlane flaki w swoim kombinezonie, który podobno przez dobę może unosić człowieka na wodzie. Tymczasem łupiną zatelepało znienacka i zobaczyłem, jak metalowy talerz, pełen gorących flaków, ?wzlatuje? z prawej bakisty wprost na dno kokpitu. I tak, w wyniku nadmiaru akuratności, dwie trzecie zawartości blaszaka znalazło się na moich własnych butach. Oj, kurwnąłem szorstko nad własną nieroztropnością! Schyliłem się, by te flaki pozbierać z powrotem do miski, a Samotny nie wytrzymał:

- Zostaw to teraz, masz tu zjedz ciepłe! -

I przelał mi połowę z tego, co miał na własnym talerzu. Przez zęby wycedziłem, coś zbliżonego do podziękowania i zabrałem się za łapczywe pochłanianie. Flaki z pewnością utrudniły dalsze udawanie, że mnie nie ma, skoro ewidentnie coraz bardziej byłem. Jedzenie poprawiło jednak mój nastrój. Pomyślałem, że w sumie jedna wpadka nic nie znaczy i postanowiłem, mimo wszystko, wytrzymać w roli "nieistniejącego" Obserwatora. Tymczasem Samotny Żeglarz też chyba zapomniał o całej sprawie i wytrwale kontynuował swój, jak najbardziej osobisty rejs.


***

Po flakach zrobiło się jakoś sennooleiście, a morze nie ustawało w monotonnym kołysaniu. Jedynym ratunkiem była kawa! Widziałem, jeszcze przed obiadem, jak Samotny używając śrubokręta poradził sobie z urwanym pokrętłem w naftowej kuchence. Zacząłem więc modlitwę odpalania. Najpierw w plastikowy kieliszek nalałem alkohol etylowy ? tak odrobinę więcej niż jedną trzecią i trochę mniej od połowy - zgodnie z zaleceniami armatora. Wlałem płyn pod palnik i zapaliłem. Alkohol huknął wybujałym płomieniem, a płonąc rozgrzewał dyszę kuchenki. Gdy płomień wyraźnie przygasał, zacząłem delikatnie odkręcać zawór doprowadzający paliwo. Niestety sztukę tę miałem opanowaną z czasów, gdy kuchenka miała pokrętło. Ze śrubokrętem nie było już tak prosto. W kilka sekund laminat nad kambuzem z białego przeistoczył się w smolistoczarny. Co gorsze, w panice nie potrafiłem zakręcić dopływu paliwa. Śrubokręt za nic w świecie nie chciał pasować do małego karbu naciętego w miejscu ułamania pokrętła. Niespalona nafta opluwała bezlitośnie wnętrze jachtu. I tak to, po raz wtóry przypomniałem Samotnemu o moim istnieniu. Wstał od steru, zakręcił zastępczym pokrętłem i wrócił na swoje miejsce. Pogadaliśmy przy tym dość urzędowo, bo przecież nie można inaczej podczas samotnego rejsu, nawet, jeśli płynie się we dwóch. Stanęło na tym, że Samotny, z racji wprawy będzie sam odpalał kuchenkę raz dziennie. Przytaknąłem i zabrałem się za czyszczenie łódki - miałem zajęcie, na co najmniej godzinę. Po tym wszystkim zajrzałem jeszcze do dziennika pokładowego. Byliśmy na wysokości znanego sanatorium dla niemieckich emerytów. Na zewnątrz Samotny, wpatrzony w ekran ręcznego GPS-u, klął z sobie tylko znanego powodu. Poczułem się wyjątkowo ?niezauważalnym? i natychmiast "padłem" w koi na dziobie. Przez sen słyszałem głosy. Chyba Samotny coś do mnie wykrzykiwał. Zbudziłem się, a tu nic, kompletna cisza, nie licząc uderzeń fali w laminat i wiatru śpiewającego syrenim głosem. Zaraz potem odniosłem pierwszy poważny sukces tego rejsu. Skutecznie skorzystałem z morskiej toalety, co przy większym kołysaniu nie jest przecież czymś banalnym.


***

Zachodzące Słońce wpadło do wnętrza jachtu, zrobiło się przyjemne ciepło. Nadal płynęliśmy na Wschód. Tymczasem w ogonie, przechodzącego tuż obok frontu, zbierało się coraz więcej ciemnych chmur. Niebo z wodą złączyły się w kilku miejscach poprzez wirujące bicze deszczu. Mimo zapadającego zmierzchu próbowałem uchwycić to zjawisko. Zrobiłem dwa zdjęcia nad głową Samotnego, który, coraz bardziej nieobecny, siedział wciąż za sterem. Ponownie zasnąłem, zupełnie jakbym zbierał siły na coś niewiadomego, co dopiero miało nadejść wraz z deszczem.


***

W połowie drugiej doby rejsu minęliśmy kraniec półwyspu i wpłynęliśmy na o wiele spokojniejsze wody zatokowe. Samotny trzymał się całkiem dobrze. Włączył mnie, to znaczy alarm zbliżeniowy tylko pomiędzy drugą, a czwartą w nocy. Za to ja byłem potwornie znużony. Nie miałem prawie niczego do roboty, poza przesiadywaniem i snem na koi w coraz bardziej zawilgoconych ubraniach. Nierozmawianie stopniowo ustępowało pragmatycznemu użyciu słów i prostych zdań, choć nadal w znacznej mierze bezosobowo. Zresztą problemem nie był brak rozmowy, a zwyczajne zmęczenie i narastające niebezpieczeństwo przegapienia jakiegoś statku czy kutra.


***

Wczoraj kilka zdjęć. Budynki na półwyspie. Jakiś żółty kuter, w tle chyba rezydencja prezydenta. Daleki szaroburo niebieskawy widok na dawne wolne miasto. Tylko kilka zszarzałych żagli sunęło po tafli dość spokojnej wody. Później, pod słońce, podejście do portu. Około szesnastej byliśmy przy falochronie. Zrzucone żagle, silnik powoli sapie na luzie. Samotny rozlał do kubków wzmocnioną herbatę i ogłosił zakończenie pierwszego etapu. Ustaliliśmy, że nie ma sensu udawać nieistnienia. Będziemy rozmawiać normalnie, z tym, że Samotny nadal popłynie sam. Port był o dwa kroki, ale skoro nadal eksperymentowaliśmy, to z lądowego prysznica nici. Samotny obrócił łódkę dziobem w kierunku końca półwyspu i tak zaczął się etap drugi.


***

Samoster zepsuł się na dobre. Jako trochę odporniejszy na wilgoć zastąpiłem delikatne urządzenie i w podwójnej roli, bo wciąż przecież byłem także alarmem zbliżeniowym, trzymałem kurs na latarnię. Samotny w tym czasie uparcie naprawiał uszkodzone części. Po dwóch godzinach ogłosił swój tryumf nad martwym do tej pory przedmiotem. Usłyszałem jeszcze, że na czas naprawy powinniśmy w zasadzie stanąć w dryfie, ale szkoda było wiatru. A to spryciarz!- pomyślałem gramoląc się do zimnego śpiwora.


***

Na pełnym morzu, tuż za krańcem półwyspu, zakołysało niemiłosiernie. Wrażenie po prostu piekielne. Co chwilę budziłem się rzucany o burtę kolejnym, zbyt dużym dla naszej łódki, wzniesieniem wody. Najgorzej odczuwałem gwałtowne spadania z fali - najpierw bezwładność mózgu i zaraz po tym ból jego uderzenia w czaszkę. Sny rwane, ale z fabułą. Pamiętam, że pewien znany mi profesor teatrologii, z którym nie widziałem się od lat, wszedł do radiowego studia i z niezwykłym przejęciem powiedział, iż ?czarna kula została podniesiona?. PóĽniej przypomniałem sobie, że tak właśnie ogłasza się zamkniecie portu. Co miało zdarzyć się dalej w tym śnie pozostanie na zawsze tajemnicą, ponieważ jacht zmienił nagle przechył i wylądowałem na przeciwnej burcie. Pomyślałem nawet, że Samotny postanowił zawrócić do bezpiecznego portu, ale były to tylko moje marzenia.


***

Od szóstej rano przez dwie godziny byłem alarmem zbliżeniowym i samosterem. Okazało się, że ten drugi po naprawie nie działał zbyt długo. Pewnie, któraś z fal dobiła go tak skutecznie, że zamilkł na amen.


***

Wiatr z południowego-zachodu coraz silniejszy. Ostatnia odebrana przez radio prognoza ostrzegała przed możliwym sztormem. Ale także to urządzenie poddało się wilgoci. Nie było wyjścia, Samotny obrał kurs na Zachód. Tam osłonięci wyspą mieliśmy przeczekać złą pogodę. I przez następne godziny tylko góra, dół, brzęczenie, wycie żagli, łomotanie fal, siorbanie i chlipanie wody w odpływie toalety. Szalona orkiestra wszystkich jachtowych trzewi i skrzydeł.


***

I koniec, bez jakiegoś nawet dramatu. Po prostu rejs już nie był samotny, tylko razem, we dwóch. Bez żadnego tam eksperymentowania, bo skoro wszystko wiadome to, po co ryzykować.


***

I znów decyzja o zmianie kursu. Jednak nie na Zachód. Spróbowaliśmy na Południe. Może tam będzie spokojniej? I dalej huśtawka i zmęczenie, i myśli, czy się da radę, czy nie wjedziemy w coś niespodziewanie. EksSamotny opowiedział, że w nocy spał za sterem i dosłownie w ostatniej chwili ocknął się. A było już podobno blisko, bardzo blisko. Godziny mijają - jedna, druga, nie pamiętam pięć, sześć...Sztormowanie na wiatr.


***

Pozostaje tylko walka ze snem, z żywiołem nie ma nawet co zaczynać, można tylko próbować trzymać ster, trzymać kurs! Nie zasnąć! No to gadałem ze sobą. Potem przyszło śpiewanie. Wszystkiego, co tylko pamiętałem. Niewiele tego było, a oczy same się zamykały. Co by tu jeszcze, co jeszcze? EksSamotny przynajmniej mruczał coś o Charlim, albo o zniknięciu jakiegoś miasta na W. A ja, co? Przypomniałem sobie tylko, że znałem kiedyś parę modlitw i kościelnych pieśni. Nie ważne, że bez wiary - teksty się przydały! I o zgrozo, w kółko, jak stara baba, te same kawałki, jak w mantrze. Nigdy w życiu tyle się nie namodliłem, aż w końcu pierwszy raz z jakimś sensem. Kurs utrzymany. Nie zasnąłem.


***

Po którejś tam, nie kojarzę, której, jakby zelżyło. Pomyślałem nawet, że się uda. Jeszcze godzina i widać było ląd, ale czy się wejdzie, czy prąd nie rzuci o falochron, czy wystarczy mocy w silniku?


***

Radiostacja ożyła, z kapitanatu dali zgodę na wpłynięcie. EksSamotny, od jakiegoś już czasu kapitan jachtu z jednoosobową załogą, zlecił mi kolejną modlitwę. Modlitwę odpalania motoru. Naoliwiłem, wysprzęgliłem, zagrzałem, przekręciłem, wystartowałem, znów coś tam przekręciłem i nic, nie zaskoczył. No to jeszcze raz. Za trzecim się udało. Wrzuciłem sprzęgło, poszło.


***

Ależ eksSamotny, był dumny, że wymyślił to Południe, a nie Zachód. No i dobrze, bo w końcu byliśmy na lądzie. I czekaliśmy w miejscowych barach... na lepszą pogodę.


***

Nie wychodzi się w morze także w czwartek. Nawet we dwóch. Szczególnie z "siekierką w plecach", bo zaraz mogą człowieka dogonić te "wściekłe psy" kapitana Szafranowicza. My popłynęliśmy. Wiatr był całkiem dobry. Tylko morze okazało się wciąż potwornie pofałdowane...


***

A dalej? Dalej zwyczajna nuda - kolejne, cudowne ocalenie!...i oby kończyło się tak za każdym razem!

 

Zapiski z prawie samotnego rejsu w październiku 2004 zanotował Woytz

 

18 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Horn

Comments


bottom of page