top of page

Wyspy Alandzkie - Alandy

Zaktualizowano: 6 mar

Kiedy w gronie osób padnie nazwa: Morze Alandzkie, to nieliczni od razu kojarzą, gdzie to jest. Większości wydaje się jednak, że to jakieś egzotyczne wody, których należy szukać gdzieś w świecie. Mało kto wskaże to ciekawe miejsce na mapie, które oddziela dwa inne morza. Dwa inne morza? Teraz to już w ogóle nie wiadomo, gdzie to dokładnie leży. My przyzwyczajeni jesteśmy mówić o Morzu Bałtyckim oraz Zatoce Botnickiej, i tyle. Zaś ludzie, którzy mieszkają w tamtych okolicach, nazywają je Morzem Bałtyckim oraz Morzem Botnickim, a pomiędzy nimi jest Morze Alandzkie. A na nim – „garść kamieni” rzucona w wodę, czyli Wyspy Alandzkie, wyraźnie oddzielające dwa akweny.

 

Niby daleko, ale przecież blisko. Płynąc z Gdańska do stolicy tych wysp, mamy do pokonania mniej więcej odległość taką, jak z Rzeszowa do Szczecina. Jednak by tam dopłynąć, potrzeba kilku dni, więc tradycyjny tygodniowy rejs może nie wystarczyć, tym bardziej jeśli chcemy jeszcze coś zwiedzić na miejscu.

Wiemy, że w Grecji jest bardzo dużo wysp, ale chyba nikt nie wie, ile dokładnie. Niektóre źródła podają 2,5 tys., inne 3 tys. Na oficjalnej stronie Greckiej Organizacji Turystycznej podano, że Grecja ma 6 tys. większych i mniejszych wysp, z których 277 jest zamieszkałych, a tylko na 53 żyje powyżej tysiąca mieszkańców. Wyspy Alandzkie (i tu pierwsze zaskoczenie) to 6 757 wysp i wysepek, choć zamieszkałych jest jedynie ok. 60 z nich.

 



Mapa położenia Wysp Alandzkich
Wyspy Alandzkie - Alandy

Sześćdziesiąty stopień

Jeżeli ruszamy z Gdańska, mamy do przebycia ok. 350 Mm, jeśli zaś ze Świnoujścia – ok. 420 Mm. Na warunki bałtyckie to już jest kilkudniowa wyprawa. Żeglując po Bałtyku, nieczęsto spędzamy kilka dni w morzu. To dobry czas, by na przykład poćwiczyć nawigację bez ploterów. Płyniemy na północ. Warto sobie uzmysłowić, że Wyspy Alandzkie to 60° szerokości geograficznej. Na tej szerokości zaczyna się Grenlandia na północy, a na południu to niemal Wyspa Słoniowa (61° szerokości południowej), z której sir Ernest Shackleton wyruszał na „Jamesie Cairdzie” w słynnym rejsie ratunkowym do Georgii Południowej. Stąd jest zaledwie 6,5° do koła podbiegunowego. Zrobiło się trochę chłodno? Niekoniecznie. Mimo swego położenia, Wyspy Alandzkie to nie jest skuta lodem ziemia. W najcieplejszych miesiącach, czyli pomiędzy początkiem czerwca a początkiem września, średnie temperatury dzienne sięgają 20°C. W ubiegłym roku w lipcu i sierpniu zanotowano temperatury przekraczające 25°C.

 

Przecudna Alandia

Jeśli wybierzemy się na Alandy w czerwcu lub w lipcu, a szczególnie w okolicach przesilenia letniego, będziemy mogli napawać się zjawiskiem „białych nocy”. Wtedy słońce zachodzi na bardzo krótko i właściwie przez cały czas jest jasno. Być może ktoś z was zapisze w dzienniku pokładowym: Przez całą noc stawialiśmy żagle, bo robiliście to niespiesznie i cała operacja trwała około godziny…

A więc jesteśmy w tej przedziwnej krainie, którą „Pieśń o Wyspach Alandzkich” opisuje tak:


Kraina tysiąca wysp oraz szkierów,

Z głębi fal na świat przyniesiona

(….......................................................) 

Przecudna Alandia, gdzie wiosną jaśnieją

Cieśniny i zatoki błękitem zachodzące,

Rozkosz lasy i bory przemierzać,

Wraz z polami kwiecistymi naszych brzegów,

Majowe drzewko w wieczornej nieba łunie

(…...........................................................................)

Przecudna Alandia, gdy z fal rodem piana,

Kłębi się w starciu z urwiskiem potężnym


I faktycznie, są tu tysiące kamienistych wysp, dużych i małych. Czasem to ściana zieleni, która szczególnie wiosną i wczesnym latem mieni się niezliczonymi odcieniami. Czasem niewielki lasek, w którym pod drzewem przycupnął kolorowy domek. A czasem po prostu głaz wystający z wody. Niektóre z tych głazów przypominają wielkie Muminki… Być może to one były inspiracją dla Tove Jansson, która dzieje tych słynnych bajkowych postaci spisywała właśnie na Alandach.

Woda jest tutaj krystaliczna. Wiele osób zaskakuje to, że Bałtyk może być tak czysty. Na głębokości kilku metrów widać dno. A kolory takie jakby ktoś podkręcił ostrość i nasycenie barw.

 

Nawigacja

Pływając tutaj, trzeba bardzo uważać i ściśle trzymać się wytyczonych szlaków. Oznaczane są one bojami zielonymi i czerwonymi oraz mnóstwem znaków kardynalnych o najprzeróżniejszych kształtach. Można je spotkać ze znakami szczytowymi i bez nich. Występują zarówno w formie boi, jak i tyk, a nawet pomalowanych na żółto i czarno kamieni. W porze nocnej możemy spodziewać się świateł sektorowych, świecących boi i latarni. Trzeba jednak uważać, gdyż nie wszystkie znaki wytyczające naszą bezpieczną drogę świecą – i to nie dlatego, że się zepsuły. Pływanie w tych rejonach to dobry moment, by nabrać większej wprawy w rozpoznawaniu znaków nawigacyjnych.

 

Trochę historii

Wyspy Alandzkie Alandy należą do Finlandii, po fińsku nazywają się Ahvenanmaa. Mimo iż są one jednostką administracyjną tego państwa, to nie usłyszy się tutaj fińskiego, a szwedzki, który jest językiem urzędowym. Na miejscu spotkamy się zatem raczej ze szwedzką nazwą, czyli Åland. Wyspy zamieszkuje niespełna 29 tysięcy mieszkańców, z których 90% stanowią Szwedzi.

Alandy nie zawsze przynależały jednak do Finlandii. Od wczesnego średniowiecza zasiedlali je Szwedzi. Tak było aż do 1809 roku, gdy po wojnie szwedzko-rosyjskiej na mocy traktatu z Haminy przyznano je Rosji i stały się częścią Imperium Rosyjskiego. Podczas wojny krymskiej w latach 1854–1855 wyspy zostały zajęte przez flotę brytyjsko-francuską. Po wojnie nadal należały do Imperium Rosyjskiego, ale traktat z 1856 roku nakazał ich demilitaryzację. W 1917 roku ogłosiły niepodległość od Rosji. Pomimo iż cztery lata później większość Alandczyków opowiadała się za Szwecją, decyzją Rady Ligi Narodów wyspy zostały przyznane Finlandii, lecz pod warunkiem ich neutralności politycznej, demilitaryzacji i autonomii dla mieszkańców. Ostatecznie status Alandów potwierdziła ustawa fińska z roku 1951. W 1994 roku w odrębnym referendum mieszkańcy wyrazili zgodę na przystąpienie wraz z Finlandią do Unii Europejskiej.

 

Wyspy Alandzkie - Alandy dzisiaj

I mogłoby się wydawać, że wszystko jest poukładane. Ale nie! To są Alandy, miejsce dziwne nie tylko ze względu na specyficzną przyrodę. Przede wszystkim jest to terytorium autonomiczne, które ma swój własny parlament i rząd z premierem na czele. Od zakończenia wojny krymskiej wyspy są strefą zdemilitaryzowaną, nie mogą tam przebywać ani pływać żadne jednostki wojskowe. Nawet przelatywać nad tym obszarem nie może nic, co jest powiązane z wojskiem. Mieszkańcy archipelagu jako jedyni obywatele Finlandii nie podlegają służbie wojskowej. Mają swój hymn – to cytowana wcześniej „Ålänningens sång”, czyli „Pieśń o Wyspach Alandzkich” lub „Pieśń o Alandczykach”. Są do tego stopnia odrębni, że posiadają własną domenę internetową i – choć jest to stosowane nieoficjalnie – oznaczenie samochodów naklejką AX.

To nie koniec. Bo z jednej strony Wyspy Alandzkie należą do strefy Schengen, więc by się tam wybrać, nie potrzeba odpraw i paszportów, a obowiązująca waluta to euro. Ale z drugiej strony mają one status terytorium pozaunijnego, tak że unijne przepisy podatkowe nie mają tutaj zastosowania. A to oznacza, że na całym lądowym i morskim obszarze Alandów można dokonywać bezcłowych zakupów. Bardzo to widać na przykład po szczęśliwych twarzach Szwedów korzystających z tego przywileju na promach kursujących pomiędzy Szwecją a Finlandią.

Z jednej strony obowiązuje swobodny przepływ osób, towarów i usług. Z drugiej strony nie każdy może zostać pełnoprawnym obywatelem wysp. By móc kupić mieszkanie i uniknąć fińskiego poboru do wojska, trzeba tu mieszkać przez co najmniej pięć lat, posiadać fińskie obywatelstwo i udowodnić znajomość języka szwedzkiego. Gdyby ktoś chciał prowadzić działalność gospodarczą, musi wiedzieć, że w każdej działającej na archipelagu firmie dwie trzecie kierownictwa muszą stanowić obywatele Wysp Alandzkich (do wyjątków należą m.in. przewoźnicy morscy).

 



Charakterystyczny krajobraz Wysp Alandzkich
Wyspy Alandzkie - krajobraz

Mariehamn

Pierwszym miejscem na Alandach, do którego warto skierować swoją łódź, jest stolica. Po fińsku Maarianhamina, ale w tutejszym języku – Mariehamn. To jedyne miasto na wyspach, liczy sobie około 11 tys. mieszkańców. Dodajmy, że cały archipelag zamieszkuje niespełna 29 tys. osób. A skąd nazwa? W miejscu dzisiejszej stolicy Alandów była niegdyś wieś Övernäs, leżąca na przesmyku między dwiema zatokami. W czasie gdy obszar dzisiejszej Finlandii i Wysp Alandzkich należał do Imperium Rosyjskiego, wokół osady wybudowano miasto. W 1861 roku car Aleksander II, chcąc uhonorować swą żonę Marię Aleksandrownę, nadał mu nazwę Mariehamn, co po szwedzku znaczy „port Marii”.

Możemy tu zacumować w dwóch miejscach: po wschodniej lub zachodniej stronie miasta. Po wschodniej przeważnie cumują miejscowi, zaś większość jachtów przypływających do Mariehamn zatrzymuje się po zachodniej stronie, w marinie o wdzięcznej nazwie Åss. Są tutaj toalety, natryski i pralnie, a także regularnie uruchamiana i dostępna w ramach opłaty portowej fińska sauna.

Swego czasu w ramach opłaty portowej można było również odbyć wycieczkę. Najpierw jechało się autobusem do Eckero, gdzie była przesiadka na prom do Szwecji. Gdy tylko statek oddawał cumy, największą atrakcję dla podróżujących (głównie Szwedów) stanowił oczywiście sklep wolnocłowy, zaopatrzony w napoje o wyższych procentach niż takie same dostępne u nich. W Szwecji większość pasażerów wysiadała, idąc chwiejnym krokiem i ciągnąc za sobą wózki załadowane wyżej wspomnianymi trunkami. Wycieczka gwarantowała powrót na Wyspy Alandzkie – pod warunkiem, że opuściło się na minutę prom i postawiło nogę na szwedzkiej ziemi. Gdy się tego dokonało, można było wracać do Eckero, a stamtąd ponownie autobusem do Mariehamn.

 

Eckero

Do Eckero z Mariehamn można się dostać także rowerem. Na Wyspach Alandzkich jest dobrze rozwinięta sieć dróg rowerowych. Przemieszczanie się nimi to nie lada przyjemność, a z Mariehamn do Eckero to około dwie godziny jazdy. Gdy dotrzemy do Eckero, warto odwiedzić Smart Park, czyli rodzinny park rozrywki, w którym nie tylko dzieci mają uciechę. Również dorośli świetnie się tam bawią, na przykład w wojny laserowe. Ciekawym miejscem jest też Muzeum Łowiectwa i Rybołówstwa, gdzie kompleksowo przedstawiono codzienne życie na wyspach. Do Eckero można dopłynąć także jachtem i zacumować w położonej na północ od miejscowości zatoce Käringsund. Oczywiście, jak wszędzie na Alandach, trzeba tu uważać na zanurzenie łodzi i głębokości podane na mapach.

 

Kastelholm

Warto również skierować swe kroki do Kastelholm, to około półtorej godziny jazdy rowerem z Mariehamn. Tam można odwiedzić jedyny średniowieczny zamek na Wyspach Alandzkich. Wewnątrz budowli znajduje się wizerunek orła białego na czerwonym tle. Zdarzyło się bowiem, iż jedną z osób władających twierdzą była Katarzyna Jagiellonka, córka Zygmunta I Starego i Bony Sforzy, żona króla Szwecji Jana III oraz matka Zygmunta III Wazy.

Gdyby ktoś chciał poczuć, jak wyglądała farma alandzka ok. 1800 roku, to warto zwiedzić skansen Jana Karlsgårdena, a potem zmienić nastrój i odwiedzić Muzeum Więziennictwa. Wycieczkę w okolice Kastelholm można zakończyć na znanej farmie ślimaków „Alandia Escargots”, gdzie jest możliwość degustowania tych mięczaków podawanych w maśle czosnkowym z cydrem.

 

Raj dla wędkarzy

A może zupełnie inaczej spędzić czas na Alandach? To prawdziwy raj dla wędkarzy. Archipelag tysięcy wrzynających się w wodę małych wysepek z zatokami, cieśninami i cyplami tworzy jedyne w swoim rodzaju gigantyczne łowisko. W szkierach i rozległych zatokach pomiędzy największymi wyspami można się poczuć bardziej jak na pojezierzu niż na morzu. Cisza, przyroda, czyste, osłonięte wody powodują, że łatwo jest się oderwać od zgiełku świata. Bałtyk nie jest specjalnie słonym morzem, a im dalej od cieśnin duńskich, tym mniejsze zasolenie, dlatego można tu łowić między innymi szczupaki, których w alandzkich wodach żyje bardzo dużo. Ponadto znajdziemy w tej okolicy okonie, sandacze oraz jazie. Na tych, którzy wolą spławik, czekają natomiast leszcze i płocie.

Na połów ryb wymagane są odpowiednie licencje obejmujące konkretne akweny. Takie pozwolenia można wykupić na przykład za pośrednictwem sklepów wędkarskich czy w punktach informacji turystycznej. Jeżeli zaś nie chcemy wykupywać licencji, bo na przykład jesteśmy tu tylko przez kilka dni, to najlepiej wynająć przewodnika wędkarskiego, który zabierze nas łodzią w najciekawsze miejsca do łowienia ryb.


„Pommern”

Wracamy na wschodnią stronę Mariehamn. Jest tu jeszcze jedno miejsce, które musimy koniecznie odwiedzić: statek-muzeum „Pommern”. To 95-metrowy bark o szerokości 13 m, zbudowany w 1903 roku. Na czterech masztach, z których najwyższy liczył sobie 48 m, rozpinał 28 żagli o łącznej powierzchni 3 240 m2. Był to nowoczesny podówczas żaglowiec i dlatego pomimo dużych rozmiarów obsługiwało go jedynie 26 osób. Został świetnie wyposażony. Posiadał silnik parowy, który służył do pomocy przy załadunku i rozładunku, a także do obsługi pompy zęzowej i windy kotwicznej. Na pokładzie znajdowały się dwie kotwice, każda o wadze 2,5 t. W 1920 roku zamontowano dodatkowy jednocylindrowy silnik, który wspomógł silnik parowy. Co ciekawe, żaden z nich nie służył do napędu. Ten kolos napędzany był wyłącznie siłą żagli. Bark został bardzo dobrze zachowany, więc zwiedzając go, możemy poczuć klimat pracy i żeglugi z tamtych lat.

„Pommern” należał do żaglowców ostatniej wielkiej floty, której właścicielem był Gustaf Erikson, słynny armator z Mariehamn. Kupował żaglowce nierzadko w cenie złomu, w czasie gdy znikały one z mórz, wypierane przez statki o napędzie mechanicznym. Transportował nimi głównie zboże z Australii do Europy. W szczytowym momencie jego flota liczyła ponad 20 żaglowców. Ciekawostką jest fakt, że ostatnie rejsy handlowe jednostkami o napędzie żaglowym odbyły się w 1950 roku – to jednak temat na zupełnie inną opowieść …

 

Galeas dla wszystkich

Wróćmy jeszcze na chwilę do Mariehamn. Warto przejść się z mariny zachodniej do wschodniej, do dzielnicy morskiej – Sjökvarteret. Spacerując po nabrzeżach i pomostach, oglądając tradycyjne drewniane łódki wystające z garaży na wodzie, można natknąć się na nie lada gratkę: Centrum Rzemiosła, a w nim na szkutnię, która buduje galeas „Emelia”. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego – w końcu wiele szkutni buduje statki – gdyby nie fakt, że tu odbywa się to publicznie. Każdy może przyjrzeć się, jak powstaje drewniana łódź.

Galeasy były niewielkimi, na ogół przybrzeżnymi żaglowcami towarowymi z drugiej połowy XIX w. i pierwszej połowy XX w. Najczęściej spotykano je na Morzu Bałtyckim i Północnym. „Emelia” będzie dwumasztowym szkunerem gaflowym o długości kadłuba 25,6 m (z bukszprytem 32,5 m) i weźmie na pokład do 27 osób. Budowana jest w całości tradycyjną metodą, z drewna dębowego. To kopia galeasa „Emelia”, który powstał w 1889 roku. Niecodzienne jest nie tylko to, że łódź tworzona jest publicznie, ale również to, że każdy może zostać jej współwłaścicielem. Rząd regionalny Wysp Alandzkich pokrywa 25% kosztów, które szacuje się na 2,3 mln euro, reszta to fundusze biznesu i społeczeństwa. Można zatem sfinansować część budowy, ale nie musi to być wielki wkład, może to być na przykład zakup pojedynczej deski. I na tym jeszcze nie koniec; jest także możliwość wzięcia udziału w budowie galeasa jako praktykant! Oczywiście wówczas trzeba się wcześniej umówić i zarezerwować sobie więcej czasu. I na koniec, gdy „Emelia” będzie już gotowa, a przewiduje się to na 2026 rok, będzie można na niej popłynąć, czarterując statek lub biorąc udział w rejsie.

 

Piramida na środku morza

Opuszczając Mariehamn i Alandy, niemal na krańcach zachodnich archipelagu, na jednej z wysepek dostrzeżemy charakterystyczną budowlę w kształcie piramidy. To kopia starej stacji pilotażowej na Kobba Klintar. Warto tam się zatrzymać, by poczuć ten dziwny nastrój, który ogarnia nas, gdy wchodzimy do białej piramidy gdzieś na środku morza pomiędzy Szwecją a Finlandią. Można tu nasycić się spokojem, ciekawą architekturą oraz pięknymi widokami – zarówno przyrody, jak i wielkich statków wpływających i wypływających z Mariehamn.

 

A może w ogóle chcemy tylko pożeglować po wodach archipelagu, zatrzymując się w niewielkich porcikach lub cumując bezpośrednio do wysp? Takie zwiedzanie Alandów może być niezapomnianą przygodą. Najlepiej wówczas pływać na niezbyt dużych jachtach, o małym zanurzeniu. By móc to robić bezpiecznie, dobrze jest mieć poza elektroniką, która nie zawsze jest precyzyjna, również szczegółowe mapy, na przykład w postaci atlasu. Zanurzając się w to mrowie „kamieni”, poczujemy się, jak byśmy byli na innej planecie, czasami niemal bezludnej… A przecież to tak niedaleko.





77 wyświetleń2 komentarze

2 Comments


Guest
Mar 09

miałam przyjemność wziąć udział w rejsie na Alandy z Zamydlaczem i Zbyszkiem w 2007 roku na Miście. To była prawdziwa Wyprawa życia. Wspaniałe miejsce, cudowni ludzie i te Białe Noce…

Like
Zamydlacz
Zamydlacz
Mar 09
Replying to

Czemu tego nie powtórzyć, a nawet popłynąć dalej.

Like
bottom of page