top of page

"Sashimi" po kaszubsku

Człowiek nie jest taki, że by nie popłynął. I nie chodzi o to, że gdy chce odpocząć na plaży, a wieje wiatr, to na początku bierze małą osłonkę, taki parawanik by się zasłonić przed dokuczliwym wiatrem. A potem widzi, że z tego parawanika, to może sobie taki niewielki grajdołek zrobić i tam w spokoju odpoczywać. Ale potem widzi, że zamiast parawanika może wziąć parawan i odgrodzić się nie tylko od wiatru ale i od ludzi. Ale czemu tylko parawan? Zdobądźmy większe terytoria. I zaczyna się czuć jak Aleksander Wielki albo Napoleon. I z każdym pobytem na plaży zagarnie coraz większe jej połacie. I coraz większe. Bo to teraz będzie moje i nikt nie ma tu wstępu. I walczy z innymi, a inni walczą o swoje. Zagarnę wszystko od morza aż po wydmy - krzyczy. Nie to ja zagarnę - krzyczy inny. I tak zagarniają i się zmagają aż ... . Aż przyjdzie żywioł i weźmie całą plażę dla siebie.


Dorsz

Nie, nie o to chodzi. Tu chodzi o tę dziwną ciągotę, która, mimo, iż ostatnim razem zamiast pływać czekałeś w porcie aż sztormy przeminą, a gdy już wypłynąłeś to było zimno, mokro i nieprzyjemnie i powiedziałeś sobie wtedy: "Nigdy więcej", to ciągota mówi ci: "popłynęło by się w morze."

Było nas zaledwie kilku na pokładzie, gdyż była to właśnie ta pora, w której sztormy i deszcze nie są rzadkością. Wypłynęliśmy z Gdańska mając świadomość, że prawdopodobnie Bornholmu nie zdobędziemy i, że trzeba będzie się chować po drodze przed sztormem. Dopłynęliśmy do Łeby i tam postanowiliśmy przeczekać nawałnicę. Było sporo przed albo po sezonie więc miasteczko było zupełnie wyludnione.

Pod dachem ciemnych chmur i lekko zacinającego deszczu udałem się na spacer. Gdy dotarłem do centrum miasteczka, deszcz nie zacinał lekko tylko już lał jak z cebra. Pusto było i wszystko pozamykane (jak to przed albo po sezonie). Dziwnym trafem w niewielkiej bocznej uliczce znalazłem otwartą knajpkę. Była zupełnie pusta a przy jednym ze stolików siedział stary człowiek. Jak się po chwili okazało właściciel tego przybytku. Poprosiłem go o coś ciepłego na rozgrzewkę. I nie wiem czy usłyszał tylko słowo "rozgrzewka", czy też celowo to zrobił, ale przyniósł do stolika butelkę, dwa kieliszki i zapytał czy może się dosiąść. Ucieszyłem się z towarzystwa i zagadnąłem coś o kiepskiej pogodzie, ulewie i sztormie. Stary milczał przez chwilę z takim wyrazem twarzy jakby coś próbował sobie przypomnieć. Po chwili się odezwał:


Z żywiołem nie ma żartów


- Z żywiołem nie ma żartów. Tu gdzie teraz jesteśmy to jest druga Łeba. Niektórzy twierdzą, że nawet trzecia, bo po Drugiej Wojnie Światowej, to tu się zupełnie ludność zmieniła. Pierwsza była po zachodniej stronie rzeki. Stara to miejscowość była, bo pierwsze wzmianki na piśmie to z końca XIII wieku pochodzą. A w połowie XIV prawa miejskie od Krzyżaków dostała. Ale tam zawsze były problemy. Szczególnie zimową porą, gdy sztormy odwracały bieg rzeki. Ta wylewała słoną wodą niszcząc pola uprawne i podtapiając domostwa. Do tego jeszcze piach robił swoje. Trochę też na własne życzenie ludzi, bo gdy morze było niespokojne i nie da rady było łowić, to rybacy trudnili się wycinką drzew rosnących na wydmach, by na drewno je sprzedawać. A piach jak nie powiązany korzeniami, to się rusza. Potrafił nawet w roku 10 do 15 metrów się przemieścić. Poza sztormami miejscowość trapiły też zamiecie piaskowe. Woda i piach były coraz bardziej uciążliwe, coraz mocniejsze i zabierały coraz więcej Łeby. Ludzie zaczęli przenosić się na prawy brzeg rzeki, by tam wznosić nowe zabudowania tworząc nową Łebę. Ale ci co pozostali jakoś dawali sobie radę. Do czasu.

Tu stary przerwał swoją opowieść i poszedł na zaplecze. Po niejakiej chwili wrócił niosąc talerz wypełniony pajdami chleba pokrytymi cieniutkimi plasterkami ryby. Myślałem, że to śledzie na chlebie, ale coś mi kolor nie pasował.

- Niech pan popróbuje. Bardzo dobre do sznapsa. Własny wyrób.

Wypiliśmy z kieliszków, ugryzłem kęs i ... o rozkoszy podniebienia.

Tymczasem stary snuł dalej opowieść.

- To był chyba styczeń. Było jeszcze ciemno, gdy ludzie usłyszeli pierwsze pomruki wiatru, który szybko przerodził się w nawałnicę. Potężne fale we wtórze wichury unoszącej piach napierały na Łebę. Żywioł zabierał ludziom domostwa i dobytek. Ludzie próbowali walczyć, ale jaka to walka kiedy żywioł był ... w swoim żywiole. Takiego sztormu i zawieruchy w tym rejonie jeszcze nie widziano. Fale dochodziły ponoć do sześciu metrów, a woda wdzierała się w ląd nawet na dwa czy trzy kilometry. Rzeka Łeba zmieniła bieg przesuwając swe koryto o półtora kilometra na wschód, a jej wody wylały w kierunku Starej Łeby dodatkowo podtapiając zabudowania. Żywioł prócz dobytku pochłaniał też ludzkie istnienia. Po tym kataklizmie wieś rybacka niemal całkowicie opustoszała. Był rok 1558. Bardzo nieliczni pozostali w Starej Łebie, ale dwanaście lat później przyszedł kolejny wielki sztorm i ci co go przeżyli na dobre opuścili swe domostwa. Z biegiem czasu ruchome wydmy zasypały wszystko i taki był koniec Starej Łeby. Jak w 2015 archeolodzy prowadzili prace, to czasem kopali aż na sześć metrów, tak to piach zakrył. Jak w Pompejach. Tyle, że tam gorąca lawa a tu zimna woda i piach, ale efekt ten sam. Po Starej Łebie został się tylko kawałek ściany kościoła św. Mikołaja, który można zobaczyć w lesie wśród wydm.

Stary wzniósł kieliszek, wychylił i zgryzł kanapką. Uczyniłem, to samo. I znowu poczułem rozkosz przepysznej ryby na podniebieniu.

- Była miejscowość i nie ma. Z żywiołem nie ma żartów - dodał na koniec.

Następnego dnia sztorm nie ustawał. A ja nie mogłem zapomnieć smaku tej przepysznej ryby, więc udałem się ponownie do knajpki. Po długich namowach stary wreszcie się zgodził i podzielił się ze mną przepisem na tę rybę. Oto on:


"Sashimi" po kaszubsku



filety

Podstawą jest ryba. Jeśli jest świeżutko złapana lub kupiona od rybaków - tym lepiej. Może być dorsz lub inny drapieżnik. Chodzi o to by filety miały jak najmniej ości, bo rybę trzeba wyfiletować. Jeśli rybę kupujemy u rybaka, to możemy go poprosić o wyfiletowanie. Można też w sklepie kupić gotowe filety. Tak przygotowaną rybę należy włożyć na dwanaście godzin do zalewy. Czyli, jeśli wieczorem włożymy do zalewy, to rano będzie można wyjąć. By zaś przygotować zalewę potrzebna będzie sól, ziele angielskie i liście bobkowe zwane również laurowymi. Na litr wody soli potrzeba dwie duże łyżki, ze trzy, cztery ziarna ziela angielskiego i tyleż samo listków bobkowych.

Po wyjęciu z zalewy filety trzeba zrobić cieńszymi i mniejszymi. Czyli przeciąć wzdłuż i pokroić na niewielkie kawałki, tak by potem wygodnie było je układac na chlebie lub nadziewać na widelec. Jeśli nie ma dość ostrego noża by przekroić filety wzdłuż, można je włożyć do zamrażarki na czas potrzebny by stwardniały. Lekko twarde łatwiej pokroić.

Cieniutkie plasterki ryby układamy w słoju w taki oto sposób: warstwa ryby, na to drobno pokrojony czosnek i papryka (zarówno świeża jak i w proszku). I tu w zależności od upodobań dodajemy odpowiednie proporcje papryki słodkiej jak i ostrej. Taką warstwę zalewamy oliwą lub olejem. Równie dobrze sprawdza się oliwa z oliwek, oliwa z winogron jak i olej rzepakowy. Osobiście polecam dobry olej rzepakowy. Świetnie sprawdzają się oleje z dodatkami typu bazylia, czosnek itp. Następnie układamy kolejną warstwę: ryba, czosnek, papryki i olej. I kolejna warstwa, aż zapełnimy słój lub skończy nam się ryba. Ważne by efekt końcowy był taki, że nad oliwę lub olej nic nie wystaje. Zakręcamy słój i odstawiamy na kilka godzin. A potem albo na talerzyk z jakimiś "zielonymi" dodatkami, albo na świeży chleb bez dodatków.

Jeśli złowicie lub kupicie rybę, wieczorem włożycie do zalewy a następnego dnia rano do słoja, to na kolację i później na śniadanie macie pyszne danie. Trzeba jednak pamiętać, że to jest surowa ryba i nie trzymajcie jej w słoju dłużej jak dwa dni.

Takie to kaszubskie sashimi, pod bałtyckimi Pompejami swego czasu poznałem. Smacznego.



magazyn Żeglarstwo

12 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page