top of page

Rozmowy przy stole, czyli kto komu wlazł

Trzynasty kwietnia, piątek, godzina za dziesięć piąta po południu. Bałtyk. Płynę na żaglach kursem na południowy wschód. Silnik nie działa. Dzionek ciepły, wiatru mało. Obejrzałem sobie z niewielkiej odległości platformy wiertnicze. Za platformami spotkałem polski kuter “Ustka 31”.  Połączyłem się z nim przez radio, by go pozdrowić. Powiedział mi, żebym tym kursem nie szedł, bo tam będzie około trzydziestu, czterdziestu, a nawet pięćdziesięciu kutrów, które będą stawiały okrężnice (to taki rodzaj sieci), i będę miał co chwilę problemy. Według niego, lepiej się odwrócić i pójść na południowy-zachód, podejść pod brzeg i tamtędy pod brzegiem sobie delikatnie jechać. Bliżej brzegu nikt nie łowi, więc nie będzie kłopotów.. Bardzo mu za te wieści podziękowałem. Potem jeszcze dwa razy się do mnie odzywał i mówił, którędy lepiej płynąć i żebym uważał. Tym bardziej, że nie mam silnika a wiatru tyle, co kot napłakał, więc na manewry między kutrami i ich sieciami raczej nie mam szans. Takich to sympatycznych ludzi można na morzu spotkać. Zatem za chwilę będę robił zwrot, by położyć się na kurs południowo-zachodni. Nadłożę przez to drogi, ale nie chcę żeby, kurczę, wpaść na jakiś kuter, czy jego sieci. Może w końcu dmuchnie, cholerka jasna, i popłynie się normalnym tempem, bo ogłupieć można. Wiaterek jest taki, że ... ohhh. Dobrze, że mój jacht na tak słabych wiatrach w ogóle pływa.


Stół

Trzynasty kwietnia, piątek, godzina dziesiąta. Wiatru prawie zero. Poruszam się z prędkością półtora węzła czyli ledwo, ledwo. Silnika cały czas nie mam. Dookoła mnie widać światła kilku kutrów.. Z tego, co zdążyłem naliczyć bez lornetki, to było ich… sześćdziesiąt pięć. Tyle mi wyszło, patrząc gołym okiem. Gdybym wziął lornetkę, albo jeszcze spojrzał na radar, to… Bóg wie, ile bym ich naliczył. W każdym razie, to dość dziwne wrażenie – sześćdziesiąt pięć kutrów i ja. Poczułem się osaczony: w którą stronę się nie obejrzę, to kuter. To jest ciekawe, bo zwykle to wychodzącemu spod pokładu trzeba pokazać, w którym kierunku widać jakiś statek, kuter czy coś podobnego. A tu po prostu nie ma takiego kierunku, gdzie coś by nie płynęło. Przede mną, za mną, z boku, z tyłu, ze skosu, ze skosu z przodu, ze skosu z tyłu, z prawa, z lewa, jeszcze brakuje tylko żeby były nade mną i pode mną - wszędzie kutry. Czegoś takiego jeszcze nie wiedziałem. Morze jak jezioro, po prostu zero falki, można jajko na stole postawić i się nie przewróci, i dookoła masa statków, a ja prawie stoję. Wrażenie super! Normalnie o tej porze to już bym był w Gdańsku, a tu od dwóch dni się tłukę spod Gotlandii. I jeszcze prognozy pogody są takie, że nie wiem, jak długo będę się jeszcze tak wlókł. W ścianie rybackich świateł i światełek, która mnie otacza, jest jedna maleńka, ledwo widoczna szczelina. Tam staram się kierować dziób mej łodzi. Przede wszystkim chodzi o to, by dotrzeć do naszej strefy brzegowej. By złapać sygnał telefoniczny i porozmawiać z żoną. “Przepraszam czy mogę stąd zadzwonić na miasto! Małżonka się niepokoi !”

Trzynasty kwietnia, piątek, północ. To jest coś nieprawdopodobnego! Od godziny po prostu stoję. Czegoś takiego to jeszcze nie widziałem. Morze jest gładziuśkie. Nie to, że gładkie, bo nie ma fal. Nie. Ono jest jak stół. Dosłownie, jak stół! Można się przejrzeć w nim jak w lustrze! Widziałem już spokojne morze i takie bez fal i... jak jezioro, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Szkoda, że jest ciemno, bo warto by to było uwiecznić! No coś nieprawdopodobngo! Stoję i się wkurwiam! Oczywiście, jak łatwo się domyślić, wiatr równy jest zero! Stan morza zero! No coś nieprawdopodobngo! Tak wygląda notatka w dzienniku: kurs - nie ma kursu; prędkość - zero;  kierunek i siła wiatru - zero; stan morza - zero; zachmurzenie - zero;  widzialność - doskonała; ciśnienie - tysiąc dwadzieścia pięć hektopascali; temperatura - siedem stopni.  I stoję jak ta..., nie powiem co. Za chwilę sobota. Przy nawet słabym wietrze - nie mówię, że przy dobrym wietrze - przy najmniejszym wietrze, to bym gdzieś w Zatokę Gdańską wjeżdżał. A tu stoję, kurde, od lądu jakieś, zaraz zobaczymy dokładnie ile, ale kurde jakieś śmieszne odległości.

I stoję, no po prostu stoję! Jestem o cztery mile od granic terytorialnych, czyli szesnaście mil od brzegu i, kurczę, stoję. Szesnaście mil od brzegu… Oczywiście zasięgu jeszcze nie mam, bo tu jeszcze nie łapie. Ja piernicze! Co widzę?  Jakieś siedemnaście mil ode mnie Przylądek Rozewie. Jak zwykle Przylądek Rozewie.

Nie widzieć przylądka Rozewie, to marzenie wielu żeglarzy. To miejsce ma to do siebie, że jak się go zobaczy, to potem nawet przez kilka dni się go widzi. Czasem dlatego, że silnie wieje i oczywiście nie z tego kierunku, więc trzeba godzinami halsować, patrząc na światło latarni na przylądku, który uporczywie nie chce zniknąć z oczu. A czasami jest słaby wiatr i długie godziny mijają nim Rozewie zniknie za rufą.

Teraz chyba pobiję wszelkie rekordy. Oglądam go i oglądam, a prognozy są takie, że jeszcze go pooglądam. Niemal widzę przetwórnie we Władysławowie, prawie czuję zapach ryb w porcie, a tu nic! Człowiek stoi jak ta dupa! Żeby podsunąć się jeszcze kawałek, żebym mógł do domu zadzwonić, bo od dwóch dni małżonka nie ma żadnych wieści. No, ale co zrobię, co zrobię?! Jak to mówią: “co zrobisz jak nic nie zrobisz?” I tak stoję.

Czasem monotonię lustra wody przerwie drobna falka, która bierze się stąd, iż któryś z otaczających mnie zewsząd kutrów postanowił zmienić pozycję i płynął przez chwilę. A potem jest znowu jak na stole! Gdyby stoły bilardowe nie tonęły, to można śmiało na morzu grać w bilarda, bo tak jest płasko i równo! A cóż jak nie woda może być lepiej wypoziomowana?

Mimo, iż wokół mnie mrowie statków, to najbliższy jest w odległości nie mniejszej niż dwie mile. W pewnej chwili słyszę głosy rybaków w radio. Podkręcam głośność i czekam, aż ustalą kanał do rozmowy. O dziwo, gadają cały czas na kanale szesnastym chociaż służy on tylko do wywołań lub komunikatów o niebezpieczeństwie:

- Jak jechał, to się nie odzywał, co?

- No nie, nie odzywał się, no widzisz no! Nic kurwa nie odzywał się, przecież widział, że tu kutry... i jadą se tak łatwo. Zresztą myślał, że mu się uda, czy co? Albo że przepłyniemy przez niego?

- Oj, kurwa, kutas na werwę jechał ostro, to nie mógł kurwa  jechać, tylko musiał spierdolić sprawę?

- Albo jakiś biedny Fin, wiesz?!

- O, no właśnie, na foki niech jedzie w pizdu.

- A zapis? Marek, masz jakiś zapis?

- Tak sobie tu coś piszę wiesz, jakieś zapisy są.

- No dobra, się trochę skiełbasiło tu z tym zapisem. Nie ma zapisu, to więcej ryb będzie.

- Tak jest. Zdzichu, jaka tam była cena ostatnio łososia?

- U nas dwadzieścia trzy sześćdziesiąt?

- A to jest na rękę, tak?

- Na rękę dwadzieścia trzy tam chyba jakoś.

- Kiedy będziesz dzwonił, dowiadywał się ceny?

- Znaczy wiesz, ja tam się nie dowiaduję, tam jadę, zdaję i już, nie? Ale ma się utrzymać ta cena, zapraszamy tam, możesz jechać.

- A z kim mam tam gadać, z Klawińskim rozmawiać, bo tam wcześniej gadałem z takim gościem … Tam z Klawińskim mam gadać?

- Pojedziesz na giełdę i tego, tak zapłacą jak wszystkim, nie ma problemu, normalnie zdasz i tego, zważą kwit dostaniesz , pieniądze Ci wypłacą przecież.

- A jak kontrol?

- Jaka tam kontrol? Co Ci mam mówić.

- O.K.! Rozumiem.

- Dobry kanał do dyskusji żeście sobie  znaleźli.

- Weź tam jakiś na bok, tam gdzie byliśmy.

- Dobra ok!

Takie to rozmowy przy stole.

Czternasty kwietnia, sobota, południe. Dmuchnęło. Niewiele, bo niewiele, ale jadę.

14 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Horn

Comments


bottom of page