top of page
  • Zdjęcie autoraWoytz

Końskie szerokości (część pierwsza)

Zaktualizowano: 29 cze

{Dzisiaj gość - Woytz. To wielka przyjemność czytać poniższe słowa. Dzisiaj pierwsza część "Końskich Szerokości"}


Budzi mnie zabijający sen dźwięk wiadomości w telefonie. Na odkrytych plecach czuję chłodny powiew wiatru. I to kołysanie, które towarzyszy nieustannie, od wielu dni. Powolne przelewanie się wnętrza ciała, bezwładność żołądka, góra dół, góra dół… Wsłuchuję się w przeciągły akord pracującej struktury, miarowe piskliwe pojękiwania nacierających na siebie elementów materii, w dochodzące z przestrzeni gdzieś pode mną łomotliwe chlupnięcia wody.  

Otwieram oczy w zupełną ciemność. Po chwili dopiero daje się rozróżnić rozmiękczone kontury rzeczy, nieśpiesznie wypływające z nocnej poświaty.

Telefon leży tuż nad głową. Wyciągam dłoń i szybko chowam go pod wilgotny od słonej bryzy koc; na wszelki wypadek, by niebieskie światło nie przyciągnęło uwagi tamtego na pokładzie.    

- To dziwne, odezwałaś się właśnie teraz? Kiedy odchodziłaś nie przypuszczałem, że jeszcze kiedykolwiek - myślę otwierając plik.

„Amarylis ma cztery kielichy, a storczyk nasycone jędrnością i bielą płatki” – czytam zdziwiony.  

- U diabła, o co chodzi, przecież nigdy nie miałaś ręki do kwiatów, wszystkie więdły niepodlewane całymi tygodniami. Teraz nagle budzisz mnie swoimi amarylisami. Mógłbym jeszcze spać przez godzinę. Nie wiesz, że nie odpiszę? To piekielnie urządzenie nie ma opłaconego abonamentu na połączenia z jakimś tam satelitą.   

Po chwili brzęczy nowa informacja. Znowu od niej.

„Kocham cię. Jestem cały czas przy tobie i dla ciebie. Pamiętaj o tym. Bez ciebie dorastam do samotnych świtów. To jak uczenie się siebie starej od nowa.”

Nie rozumiem, co się z nią dzieje, przecież mówiła, że chce odpocząć, że potrzebuje czasu na przemyślenie wszystkiego.      

- Nie, nie oszukasz mnie tanimi banałami! Zresztą twój świt jest teraz o sześć godzin wcześniej niż mój – szepczę do siebie zapadając ponownie w letarg.

***

- Panowie wsiadamy, wsiadamy! Do Paryża jeszcze cała noc jazdy! – kierowca busa pospieszał kilku niedogolonych mężczyzn.  Palacze wyrzucili niedopałki i powoli wraz z pozostałymi wgramolili się do wypchanego bagażami pojazdu.

- Wszyscy są?

- Są, są – zabrzmiał głos z tylnych siedzeń.

– Są na świecie rzeczy widzialne i niewidzialne, cały problem tylko, jak je rozróżnić – dopowiedział inny.


Atlantyk

- Ty jesteś taki bardziej filozof – rzucił następny.

-  Tak mawiał mechanik na moim pierwszym kutrze – odbił poprzednik.

Auto ruszyło z parkingu i wtoczyło się na autostradę. Po chwili sprasowani w siebie i toboły mężczyźni skamienieli w zatęchłym od potu śnie. Usiłowałem przypomnieć sobie ich imiona, ale nic z tego nie wyszło. Rozbawiła mnie tylko myśl, że w tej blaszanej puszce wystarczyłby jeden z wirusem na wszystkich pozostałych.

Kierowcy prowadził auto od kilkunastu godzin. Zagadywałem go, by przypadkiem nie zasnął. Odpowiadał nieskładnymi, wymęczonymi zdaniami, coś o trasie, o żonie, dzieciach. Przez brudną szybę odmierzały czas podświetlone tablice zjazdów na Berlin, Hanower, Kolonię, Akwizgran, Liege, Compiegne… Otworzyłem oczy. Słońce  błyszczało już w szklanej ścianie podparyskiego lotniska.

Z pojazdu wysiadło kilka wymiętych postaci o białkach przekrwionych z niedospania.

- Nie zapomnijcie o maseczkach – przypomniał kierowca, jakimś cudem wyglądający zupełnie świeżo – jakbyście zabrali od razu rzeczy, mógłbym już wracać do domu. Za szesnaście godzin powinienem dojechać.

- Nie ma jak noc we własnym łóżku z małżonką – zadrwił któryś z pasażerów – nie każdemu to będzie dane.

Po chwili auto odjechało. Podróżni stali przed zamkniętym jeszcze terminalem, przy nich na chodniku bezładna barykada z wypchanych do granic wytrzymałości bagaży. Starszy od pozostałych, żylasto chudy mężczyzna w obsuniętej na brodę szmacianej maseczce częstował  papierosami.  

***

Po sygnale budzika jest już całkiem jasno. Wkładam ubranie i wyglądam na pokład. Tamten przysypia na ceratowym siedzisku w umieszczonej na półtorametrowym podwyższeniu sterówce. Nad widnokręgiem unosi się świetlna łuna zapowiadająca nadchodzący wschód słońca. Wokół pustka szarej wody bez początku i końca. Żadnego znaku życia, tylko miarowy warkot silników pcha białolazurową skorupę przez bezwietrzną przestrzeń nad wielkim płaskim nibyjeziorem.

- Piękny dzień Bozia dała! – mówi tamten, jak w każdy ranek.

Patrzę na jego rozmazany światłem profil. W sekundę mój wzrok poraża błyskawicznie pnące się w górę słońce.

- Chcesz kawy? – pytam.   

Kręci przecząco głową.

- Nie, teraz nie, wolę się zdrzemnąć. Ty trzymaj kurs tak, jak jest i nie ruszaj grota,  jest dobrze ustawiony. Jedziemy na silniku, ale żagiel, choć nie pcha, daje stabilność. I nie dotykaj manetek, i tak ich nie czujesz.  

Nie reaguję na uszczypliwość, byle sobie poszedł.

- Budź mnie, jak tylko pojawi się wiatr – dodaje i znika we wnętrzu łódki.  

 - Przecież nie ruszę – przeszło mi  przez głowę – dopóki żyjesz, niczego nie zmienię na twoim jachcie.

                                         

 ***

- Byle tylko nie zasnąć – kładę telefon na szerokim siedzisku. Słońce skrzy się w nieskończonej liczbie wodnych soczewek, a idealnie błękitne niebo zastyga bez choćby jednej chmury.    

Krótki dźwięk wyrywa mnie z odrętwienia. To znowu od niej.

„Przytulam cię i ukochiwuję całego. Nie ma chwili żebym nie tęskniła świat stracił kolory, jestem cała dla ciebie proszę dbaj o siebie, żeby mi ciebie nie zabrakło. Kocham cię każdą swoją częścią.”

  - To ponad moje siły! Grasz nieuczciwie. Nie będę już czytał żadnych twoich sms-ów. Czy dlatego jestem na krańcu świata, byś mnie wciąż dręczyła? Pamiętam, jak uwielbiasz emocjonalne szachy – wyłączam aparat, chcę zapomnieć.    

Gwiazda nie ma litości. Wkładam ciemne okulary i czapkę, pod nią wiążę białą chustę. Za uszy naciągam gumki chirurgicznej maseczki z rozcięciem na wysokości ust.

– No teraz, mordercza kulo możesz ze mną walczyć!  

Nie wiem, jak długo wgapiam się w ekran z migającym pojedynczym punktem na mapie, na dwadzieścia mil nic, kompletna pustynia. I nie potrafię już przenieść wzroku nad obręcz widnokręgu, a jednostajny rozkołys usypia mnie powoli.  

                                            

***

Wychodzi na posiwiały od soli pokład. Uważnie wsłuchuje się w rytm  warkoczącego jednostajnie motoru. Opiera tułów o rozciągnięte na rufie liny i bezceremonialnie oddaje mocz do Oceanu. Zapala papierosa.  

- Nie śpij! Tak właśnie jest na końskich szerokościach.

- Nie śpię. Tylko nic się nie dzieje – próbuję wytłumaczyć się przyłapany na gorącym uczynku.

- Pewnie nawet nie wiesz skąd ta nazwa – ciągnie dalej wyraźnie ucieszony.

- To jeszcze z czasów konkwisty. Hiszpanie topili tu trupy swoich koni, gdy w drodze na druga stronę przestawało wiać, aż w końcu brakowało wody dla zdychających z pragnienia zwierząt. Może i ludzi też tu wrzucali. Zapewne tak było. Po co by mieli wozić nieboszczyków.     

Po chwili widzę, jak wdrapuje się na górny pokład. Zaczyna coś poprawiać w linach przy maszcie.

- Co robisz? – pytam udając zainteresowanie.

- Słucham i patrzę. Jak jesteś głuchy, to i ślepy. Czego was tam teraz uczą? Ślepicie tylko w te ekrany, a tam można coś zobaczyć, kiedy jest już za późno.       

Po kilku minutach nareszcie kończy przegląd takielunku i wraca do środka. Senność dopada mnie znowu, czuję jak amplituda myśli wypłaszcza się na podobieństwo zduszonej wyżem atlantyckiej fali.    


***

  Z trudem wygramoliliśmy się z gumowego pontonu, którym miejscowy rybak zgodził się dowieźć nas do jachtu.   

- Ale umiesz cokolwiek? Ja nigdy nie jeżdżę z obcymi, mam swoich ludzi, z nimi zawsze przeprowadzam łódki. Nigdy bym się na ciebie nie zgodził, gdybym nie potrzebował zarobić.  

 - Coś chyba umiem – odpowiedziałem z wahaniem – myślałem, że po drodze jeszcze się poduczę.

  - To trzeba było wykupić sobie jakąś wycieczkę. To jest robota na dwa miesiące, za to bierze się pieniądze. – mówił patrząc w jakiś niewiadomy punkt.

- Zresztą sam bym to zrobił, bez jakiegoś harcerzyka, który zamarzył sobie o przepłynięciu  oceanu w taki czas.   

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Na szczęście w tej chwili na pomoście pojawił się krzykliwy biały facet, lokalny przedstawiciel armatora jachtów, które trzeba było przeprowadzić na drugą stronę wielkiej wody.  

- Absolutnie nie możecie schodzić z pokładu! Ja wszystko wam załatwię! – Zapewnił około trzydziestoletni mężczyzna o nadmiernie rozedrganym fizis. Kolory jego karaibskiej, pstrokatej koszuli zlewały się w jednolitą barwną plamę o niemożliwej do ustalenia tonacji.

- Sprawa jest dogadana z miejscowymi władzami. Zgodzili się, żebyście w drodze wyjątku, jako zawodowcy, wypłynęli bez kwarantanny.  Jesteście przez wszystkich obserwowani. Jeśli znajdziecie się poza pokładem, będziecie musieli na dwa tygodnie wrócić na kotwicowisko. – dodał najwyraźniej zachwycony wagą swoich słów.

– Lecę powiedzieć pozostałym załogom!

A więc zostałem więźniem - pomyślałem – w laminowanej celi z tym starym. Egzotyczna wyspa na wyciągnięcie ręki, a jednak nie zobaczę niczego więcej niż tylko kadłuby innych jachtów na przystani.    

Po południu rozpoczął się spacer. Po pomoście tam i  z powrotem przemieszczały się rozmaite nogi. Te z trudem ciągnące się w męskich sandałach należały do podstarzałych anglosaskich skipperów, tuż za nimi drobiły zdeformowane haluksami stopy ich partnerek i z rzadka tylko przemykały zgrabniejsze, zastanawiająco jasne, pokryte konstelacjami piegów, łydki młodszych żeglarek. Kiedy podniosłem wzrok, zauważyłem, że wszyscy przechodząc obok rufy naszego katamaranu  w pośpiechu zakładali maski i przyspieszali kroku.

Wczesnym wieczorem usłyszałem metaliczne popiskiwanie dobiegające z końca drewnianego pomostu. Ciemnoskóry chłopak mocował się z tracącą wciąż równowagę zardzewiałą taczką. Nienasmarowane koło skrzypiało miarowo dociskane ciężarem ładunku. Zwaliste ciało tragarza balansowało to wprawo, to w lewo, a obciążony nad miarę kręgosłup giął się raz po raz w przeciwwadze i, gdy wydawało się, że już za moment wpadnie wraz z  towarem do wody, jego nogi instynktownie odnalazły punkty podparcia i znów rozpędziły transportowy wehikuł przez ścianę dusznego, wygrzanego przez cały dzień powietrza. Co jakiś czas zatrzymywał się, opierał taczkę na metalowych podporach, zdejmował przeciwsłoneczne okulary w złoconych plastikowych oprawkach, przecierał ramieniem spocone czoło i poprawiał zbyt małą na jego głowę bejsbolówkę.  

Świat wokół tkwił w bezruchu, niczym zmrożony obraz z satelity.  Osłonięta wzgórzami zatoka, pusta plaża, zatrzaśnięte okiennice drewnianych budynków. Kilka  zacumowanych jachtów delikatnie napierało na baloniaste odbijacze zawieszone między ich kadłubami a pływakami pomostu. Nie było wiatru, tylko z oddali przebijał się ledwie  słyszalny poszum oceanu. Przemieszczający się tragarz to jedyna pożywka dla oczu szukających jakiegokolwiek ruchu. Znowu przystanął. Z kieszeni spodni wydobył komórkę grającą jakiś hiphopowy przebój. Odebrał, a po chwili na jego dotychczas pokerowej twarzy pojawił się grymas zaskoczenia przechodzącego z sekundy na sekundę w irytację, aż w końcu cały zastygł  w zniechęceniu. Wreszcie wydusił z siebie jakieś niesłyszalne z powodu odległości słowa, schował telefon, uniósł drewniane rączki taczki, zawrócił i niespiesznym krokiem podążył w kierunku magazynu przy bielonej wapnem wieży obserwacyjnej.

- Co on wyczynia?! Takim sposobem nie wypłyniemy stąd jeszcze z tydzień! - rzucił z irytacją żylasty starzec, który najwyraźniej od jakiegoś czasu również obserwował zmagania dostawcy.   

Chłopak wrócił o zmierzchu, znów wjechał swoją zdezelowaną taczką na pomost . Bezceremonialnie, bez słowa wrzucił na pokład worki z ziemniakami, cebulą i owinięty folią lodowy blok.

- Is that all? – dopytał z irytacją stary skipper.

-  No, not everything. Later, later they will bring from the store. – odpowiedział dostawca tubylczą angielszczyzną o wyraźnie francuskim brzmieniu.

- A idź do diabła, tak karmi się świnie, nie zawodowców! – gniewnie rzucił stary do nic nierozumiejącego chłopaka.

Spojrzał na mnie. Wiedziałem, że musiał odreagować.

  – A ty bierz się za ształowanie tego wszystkiego! Ja muszę zabrać się za  jacht.    

Przez kilka godzin lodowy blok kości i mięsa krwawił rdzawą posoką do zlewozmywaka. Niewielka zamrażarka, zaprojektowana najpewniej do przygotowywania kostek lodu dla spragnionych chłodnych drinków turystów, na niewiele zdała się w tym przypadku. Jedynym wyjściem było jak najszybsze zasolenie i upieczenie tej białkowej miazgi.


Woytz


Druga część już za tydzień

39 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

2 Kommentare


Gast
28. Juni

Ooo to już nie zapiski... Jakaś grubsza historyja... Czekam

Gefällt mir
Zamydlacz
Zamydlacz
29. Juni
Antwort an

Za tydzień druga część

Gefällt mir
bottom of page