top of page

Dobre wychowanie

Umówiłem się z ludźmi na krótki, weekendowy rejs. Grupa znajomych koniecznie chciała zaznać uroków morskiego żeglarstwa. A ponieważ to były tylko dwa dni, chcieli pływać bez schodzenia na ląd.

Mieliśmy się spotkać wcześnie rano w Gdańsku, od razu ruszyć i pływać, pływać, pływać...

Jacht miałem odebrać ze Stogów, więc skoro świt stawiłem się w klubie. Okazało się, że są problemy, bo jacht nie może wypłynąć. Na szybkiego rozpoczęła się akcja szukania jachtu zastępczego. Po pewnym czasie znalazł się w Górkach Zachodnich. W te pędy udałem się do Górek, by jak najszybciej ruszyć do Gdańska. W całym zamieszaniu i pośpiechu nie sprawdziłem wszystkiego i zawierzyłem słowom armatora.

Wreszcie wypłynąłem, wiedząc, że się spóźnię. Na nieszczęście wiatr zdechł prawie zupełnie. Odpaliłem katarynkę i heja jak najszybciej. Już jestem w główkach portu Gdańsk, mijam Westerplatte. Już jestem za promem Wisłoujście. Za chwilę mijam lewą burtą nabrzeże chemików i wtedy silnik trzy razy kaszlnął, dwa razy prychnął, raz kichnął i... zamilkł. To była ta niesprawdzona rzecz - miał być cały zbiornik paliwa, a nie był.

Postawienie żagli niewiele zmieniło, gdyż wiatr prawie zerowy, jedynie na sile bezwładności, powolutku zjechałem ze środka, by mnie coś większego nie przejechało. Jestem nieco zrozpaczony. Już widzę te twarze, które miały być już na wodzie a tu jachtu jeszcze nie ma. Ale cóż robić, trzeba było samemu sprawdzić paliwo.

Po chwili widzę na wodzie patrol straży miejskiej z policją. Nie musiałem się zbytnio wysilać. Widząc żagle sami do mnie podpłynęli z informacją, że tu nie wolno na żaglach…

- Wiem – odpowiadam – ale jakiś czort zamieszał mi w silniku i nagle wysiadł... i silnik i czort – troszkę koloryzuję by nie było, że ciapa bez paliwa się wybrała. Wywołali przez radio większą motorówkę i powiedzieli, żebym się nie ruszał, to za chwilę podpłynie i mnie wezmą na hol.

- Na pewno się nie ruszę – pomyślałem – gdybym mógł się ruszyć, nie potrzebowałbym pomocy.

W samo południe przybiłem do nabrzeża w Gdańsku. Widziałem w ich oczach to niezadowolenie i niecierpliwość. Oni przecież już dawno powinni być na wodzie, a nie czekać aż przypłynę. Próbowałem ich uspokajać na różne sposoby z argumentem o braku wiatru włącznie, lecz nie dawali się przekonać. Ich pragnienie morza, pragnienie zaznania tego, co do tej pory znali jedynie z opowieści, było silniejsze niż jakiekolwiek argumenty. Oni o tym marzyli od kilku tygodni. Czekali i łaknęli tego jak prostytutka miłości, albo górnik wanny po szychcie, a tu teraz siedzą i czekają. Obiecałem, że przedłużymy rejs do późnych godzin nocnych w niedzielę i to ich nieco uspokoiło. W końcu przybył armator z paliwem, zapakowali się wszyscy na pokład i ruszyliśmy.

Na Zatokę Gdańską wpłynęliśmy o godz. 15:00. Na moje szczęście wiatr się obudził i zaczął napinać nasze żagle. Powoli, ale systematycznie tężał. Gdy jacht dostał przechyłu i począł bujać się na falach, załoga zaczęła zapominać o tym, że wyruszyła ·później. Przy każdej fali słychać było ich: Aaaach ..., Oooooch ..., Łaaaał ... . Po dwóch godzinach mieliśmy już solidną czwórkę a stan zatoki wzrósł do 3.

W pewnej chwili przerwałem ich achy i ochy, które wydobywali z siebie przy każdej większej fali i zarządziłem refowanie. Tu odezwały się protesty, że jeszcze nie, że, po co, ale byłem nieustępliwy. Jednocześnie zmieniłem kurs w kierunku Helu.

- Ale jak to, mieliśmy cały czas pływać – usłyszałem.

- My tylko jedziemy w kierunku Helu – odpowiedziałem – wcale nie musimy wpływać do portu.

Wiaterek stężał do 5, pojawiła się lekka mgła i mżawka. Achy i ochy cichły z minuty na minutę. Niektórzy zalegli na kojach, inni nie rozstawali się z woreczkami. Twarze zrobiły się jakby bledsze. Kierowanie jachtem bez większych oporów, a nawet z lekkim naciskiem, pozostawiono mnie.

Były to jeszcze czasy gdy nie było ploterów na pokładach jachtów. GPS był wielką rzadkością, a mój, pożyczony od znajomego pokazywał pozycję wyświetlając na ekraniku jedynie dwa rzędy cyferek. By zatem wiedzieć, gdzie się jest trzeba było te cyferki przenieść na mapę papierową.

W pewnej chwili odezwałem się do załoganta, który miał mi pomagać:

- Piotrek, czy mógłbyś mi podać pozycję z gps'a.

Cisza.

- Piotrek, czemu się nie odzywasz!

Znowu cisza. Odczekałem 5 minut i zawołałem ponownie:

- Piotrek, czemu nie odpowiadasz jak cię proszę!

W drzwiach zejściówki pojawiła się blada twarz Piotrka, a obok twarzy, zaciśnięty w dłoni wypełniony woreczek.

- A, bo mama mnie uczyła, że nie mówi się z pełną buzią – wycedził Piotrek.

Wieczór spędziliśmy w Helu, w doskonałych nastrojach, a rano wypłynęliśmy na kolejne spotkanie z przygodą.

Wieczorem w Gdańsku wszyscy umawiali się na kolejny rejs.

46 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

2 Comments


Zamydlacz
Zamydlacz
Mar 07

Będzie

Like

Guest
Mar 06

Super historia, proszę o więcej ! 😎

Like
bottom of page