top of page

Ciężkie życie załoganta

Przeprowadzaliśmy jacht z Wysp Kanaryjskich do Hiszpanii, na wschodni kraniec Costa del Sol. Poza mną na pokładzie było jeszcze trzech… Ponieważ wiało od Gibraltaru, wykonywaliśmy długie kilkudniowe halsy. Autopilot od czasu do czasu delikatnie terkotał, a jedyne, co było do zrobienia przy zmianie halsu, to przełożenie foka na drugą stronę. Słońce świeciło w dzień, a księżyc w nocy. Jednym słowem: sielanka. Załoganci całymi dniami wylegiwali się na pokładzie, wysmarowani odpowiednimi filtrami. Nocą smacznie spali z wyjątkiem tego, który pełnił wachtę, a którego zadanie sprowadzało się jedynie do obserwacji.

Tak mijał sobie spokojnie dzień za dniem i noc za nocą. Nie pamiętam już po ilu - sześciu może siedmiu - dniach lenistwa, gdy byliśmy już prawie pod Gibraltarem, wiaterek się nieco zmienił i powiało lekko z baksztagu. Idealne warunki by rozłożyć genakera – duży, lekki żagiel stawiany z przodu.

- Panowie stawiamy genakera – rzuciłem hasło do wylegującej się załogi. W pierwszej chwili nie było żadnej reakcji.

- Panowie ruszcie się. Stawiamy genakera – ponowiłem. Odwrócili głowy w moją stronę a na ich twarzach malowało się niedowierzanie.

- No, ruchy! Mamy idealny wiatr na genakera. – Zawołałem po raz kolejny.

Wówczas zaczęli się leniwie unosić i wstawać. Jeden z nich, dźwignąwszy się ociężale na łokciu, popatrzył w moja stronę i rzekł z wyrzutem.

- Ale ty nas ganiasz.

Postawiliśmy genakera, ale nie na długo, gdyż wiatr znowu odkręcił i musieliśmy go zdjąć. Przy zrzucaniu żagla załoga nie odezwała się ani słowem, ale w ich oczach wyraźnie widać było słowa: „A nie mówiliśmy. I po co było nas tak ganiać. Ciężkie życie załoganta.”

***

Po dziewięciu dobach dotarliśmy do Gibraltaru. Od jakiegoś czasu wszyscy marzyli o gorącym prysznicu, pieczonym kurczaku i … zimnej pepsi. Niestety, okazało się, że w marinie nie ma miejsc i pozostaje nam jedynie miejsce na kotwicowisku. Załoga niemal się na mnie obraziła, gdyż oczami wyobraźni byli już na lądzie, wykąpani, świeżutcy, wcinający kurczaka i popijający pepsi, a tu nic z tego i jeszcze na wodzie trzeba zostać.

Płyniemy

- Staniemy na kotwicy i popłyniemy pontonem na ląd. Jeśli w marinie będzie bosman, którego znam, to pewnie uda się załatwić jakieś miejsce postojowe. – Powiedziałem, by ich trochę udobruchać.

Nie mieli innego wyjścia i chociaż wizja spokojnego postoju w marinie nieco się oddaliła, to jednak pieczony kurczak i pepsi były cały czas w zasięgu.

Stanęliśmy na kotwicy, sprawdziliśmy, czy dobrze trzyma i położyliśmy ponton na wodę. Wszystko to zajęło kilka godzin. Załoga postanowiła, iż rezygnuje na razie z gorących pryszniców, ale nie z kurczaka, a ja koniecznie miałem załatwić miejsce u bosmana.

Po odprawie celnej i wyjaśnieniu angielskim urzędnikom, w którym miejscu stoimy na kotwicowisku i jak się jacht nazywa, zdążyliśmy jeszcze na pieczonego kurczaka. Pomimo, iż w marinie znajomego bosmana nie zastałem, załoga była już ukontentowana. A gdy przyprowadziłem ich do sklepu wolnocłowego z doskonałym wyborem alkoholi w zupełnie przystępnych cenach, fakt postoju na kotwicy stał się dla nich problemem drugoplanowym.

Najedzeni, dobrze zaopatrzeni i w doskonałych nastrojach wracaliśmy pontonem na jacht, gdy zauważyliśmy na jednym z jachtów stojących na kotwicy banderę litewską.

- Nasi. – Zakrzyknęła załoga i koniecznie musieliśmy do nich zapukać.

Okazało się, że na pokładzie jest jeden Francuz, który serdecznie zaprosił nas na pokład. Wyjaśnił, w dość zawiły sposób, jak to się stało, że na litewskim jachcie pływają Francuzi (bo było ich dwóch, ale jeden pojechał do domu po coś tam).Po czym poczęstował nas drinkiem. Nie byliśmy dłużni i naruszyliśmy nasze, dopiero co odnowione zapasy. A, że, jak to powiedział jeden z załogantów „polish tradition” jest inna niż na zachodzie, więc pokazaliśmy mu, jak to jest po naszemu. Przygotowywaliśmy tak samo duże „drinki”, tyle, że w naszych poza wódką nie było innych dodatków.

Pogadaliśmy trochę i pośmialiśmy się. Następnie położyliśmy Francuza do koi. Z niewielkimi problemami wgramoliliśmy się do pontonu i popłynęliśmy na nasz jacht.

Nazajutrz, we dwóch udaliśmy się do mariny na poszukiwanie znajomego bosmana. Mijając jacht pod litewską banderą zobaczyliśmy Francuza siedzącego na pokładzie z okładem na głowie i smętną miną. Przywitaliśmy się z nim i w ramach rewanżu zaprosiliśmy na wieczór na swój jacht. Nie wiedzieć czemu, kulturalnie, ale stanowczo odmówił.

***


Spotkanie

Znajomy bosman był, ale wolnych miejsc nadal nie było. Gdy powiedziałem, że koniecznie musimy uzupełnić wodę, zaczął mięknąć i zgodził się na cumowanie, ale tylko na czas tankowania. To było dla nas trochę krótko, więc wytłumaczyłem mu, że musimy „podreperować” silnik, bo coś nie chodzi tak, jak trzeba. Na dowód tego otrzymał flaszkę whiski i znalazło się eleganckie miejsce na kilka dni.

Po południu staliśmy w marinie. Wieczorem, wykąpani, ogoleni, pachnący i najedzeni sączyliśmy leniwie piwko na pokładzie. W marinie, między jachtami, kręcił się młody człowiek z długimi włosami. Gdy przechodził obok naszego jachtu, zaprosiliśmy go na pokład. W trakcie rozmowy okazało się, że jest Niemcem i jest takim wagabundą-jachtostopowiczem. Ima się różnych zajęć, a gdy trochę zarobi, stara się zabrać z kolejnym jachtem w dalszą podróż. Moi załoganci (pomimo czteroletniej nauki w liceum) znali niemiecki w wersji szczątkowej. Angielskiego nigdy się nie uczyli, więc też go nie znali. Ja również nie znam niemieckiego, ale jako tako władam angielskim. Magnus (bo tak na imię miał nasz nowy znajomy) oczywiście nie znał polskiego, ale też coś składał po angielsku, więc załoga mówiła po polsku a ja to próbowałem przełożyć na angielski.

Tak gaworzyliśmy w piątkę, często wspomagając się rękoma i intuicją i jakoś się rozumieliśmy. W pewnym momencie jeden z załogantów zapytał Magnusa (po polsku oczywiście), skąd pochodzi. Ten zrozumiał pytanie bez mojego tłumaczenia i odpowiedział:

- Ich komme aus Erfurt.

Wówczas usłyszał:

- To jakiś ty Niemiec. Toż ty Enerdowiec jesteś.

- Ich verstehe nich. – Odpowiedział Magnus, gdyż nie zrozumiał, co to takiego „Enerdowiec”.

- Nie rozumiesz? – Zapytał z troską załogant.

- Ja, ich verstehe nich. – Powtórzył Magnus

- Oo, chłopie. To ty się ucz języków, bo zginiesz. – Zakończył załogant.

36 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Комментарии


bottom of page