top of page

Horn

Poczułem lekkie szarpnięcie, jakby kotwica puściła i ponownie chwyciła. Otworzyłem oczy. Nadal byłem na jachcie a dookoła niezmiennie panował polarny dzień. W domu o tej porze dopiero świta – pomyślałem. Skostniały wychyliłem głowę z kabiny. Przyjrzałem się otoczeniu i odniosłem wrażenie, jakbym lekko dryfował. Spojrzałem na zegarek – spałem całe dwie godziny. Trzeba podnosić kotwicę i ruszać dalej. Ziąb, jak był, tak i pozostał; nie zmienił się ani na jotę.

Podniosłem kotwicę i postawiłem żagle. Z nieba prószył zmarznięty deszcz. Ustawiłem kurs i zszedłem pod pokład, by coś zjeść. Dopiero przy próbie otworzenia ust i ugryzienia chleba, zorientowałem się, że wargi mam całkowicie popękane od mrozu. Wypiłem jedynie odrobinę herbaty i wyszedłem na zewnątrz. Od wczoraj niewiele się zmieniło: lekko zamglony krajobraz, prószący deszcz ze śniegiem. Gdzieniegdzie, w oddali, połacie paku lodowego.

- Czy będzie przejście – ta myśl nie dawała mi spokoju.


Na zatracenie

Koło południa wiatr zaczął tężeć a pak lodowy występować coraz częściej. Musiałem się zarefować. To mnie bardzo zmęczyło. Postanowiłem zjeść ciepłą zupę. Nie zdążyłem jej dokończyć, gdy wiatr kazał mi całkiem zdjąć grota. Zwaliłem go i powiązałem byle jak, byle się nie telepał. Ta czynność kosztowała mnie sporo energii a tu dodatkowo musiałem jeszcze chwycić za ster, gdyż autopilot zupełnie odmówił współpracy. Na żaglu przednim gnałem przed siebie. Pak lodowy zacieśniał wokół łódki swe pazury a wiatr tężał.

- Jak tak dalej pójdzie, to wryję się w lód i tak postradam swe życie – pomyślałem. Ale jedyne, co mogłem zrobić, to gnać przed siebie. Chciałem zahamować ten bieg i ruszyć w drugą stronę. Jak najdalej od lodu. Odwróciłem się i spostrzegłem, że nie ma odwrotu. Lód za mną zamknął wrota. Przede mną rzecz miała się podobnie. Co robić?

W pewnej chwili, wytężywszy wzrok, ujrzałem ciemniejsze pasmo w lodzie przed sobą. Z początku nie wiedziałem, co to jest. Spojrzałem przez lornetkę. Tak, to jest wolna woda. Tak jak by dobra siła otworzyła przede mną drogę. Lecz do tej drogi było jeszcze kilka ładnych mil.

- A jeśli to ślepy korytarz?

Jednak w tej chwili, to była jedyna droga, jedyna możliwość ratunku. Wiatr zawodził w takielunku, napiętym do granic. Łódź leciała do przodu z prędkością, jakiej jeszcze u niej nie widziałem. Lecz teraz wydało mi się, że to jeszcze za wolno. Teraz pragnąłem dopaść korytarz, nim się za mną zamknie. Napiąłem wszystkie mięśnie, prawą ręką ściskając rumpel. Od chłodu i nerwów przestałem mieć w niej czucie. Wiedziałem, że trzymam drewniany drążek, ale było to jakby poza mną, jakby czyniło to jakieś obce ciało.

Jeszcze mila. Jeszcze pół. Wszystkie liny na jachcie jęczały niemiłosiernie. W myślach modliłem się, by wytrzymały. Wzrok zastygł w tym jednym miejscu: bramie – wybawieniu. I nadeszła ta chwila: wjeżdżam z szaleńczą prędkością między ściany lodu. Powinienem zrzucić żagiel, bo nie wytrzyma. Nie robię tego. Ziąb i emocje przykuły mnie do miejsca. Przecież muszę jak najszybciej.

Nie wiem, jak długo tak pędzę na zatracenie – godzinę, może dwie i wówczas na końcu korytarza dostrzegam wybawienie: dużo wolnej wody! Jeśli tam dotrę nim korytarz się zamknie, będę żył. I gdy tylko dokończyłem tę myśl, zauważam ... . To nie może być! A jednak. Korytarz poczyna się z wolna zamykać. Muszę zdążyć, muszę zdążyć przed zatrzaśnięciem. Nie mogę tak polec, gdy wybawienie tuż, tuż. Zaklinam na wszystko, bym zdążył i by takielunek wytrzymał. Obiema rękoma trzymam rumpel i wszystkimi siłami staram się trzymać prosto kurs. Każdy kabel, każdy metr, to bliżej życia. Siły z każdą chwilą mnie opuszczają. Takielunek jęczy tak, jakby za chwilę miał rozpaść się na sto kawałków. Ściany lodu, powoli, ale nieubłaganie zbliżają się do moich burt.

Jest! Już widzę wyraźnie koniec drogi. Jeszcze trochę. I wtedy widzę jak róg żagla, do którego przywiązany był szot, zaczyna się delikatnie dzielić.

- Tylko nie to! – pomyślałem i zobaczyłem jak żagiel z przeraźliwym łopotem wyprzedził jacht. Szarpnął się na sztagu, będąc jeszcze w kontakcie z jachtem, a potem wszystko działo się w ułamku sekundy: najpierw wszystkie karabinki łączące żagiel ze sztagiem, oderwały się w tempie szybszym niż kochanek w najwyższym uniesieniu i pożądaniu rozrywa delikatne guziki w letniej sukience swej kochanki. Potem tylko raz furknął i poleciał z wiatrem ku swobodzie.

Jacht nieco zwolnił i stał się trudniejszy w utrzymaniu kierunku, ale dalej pędził jak szalony.

- Jest jeszcze szansa. Dojdę na samych patykach.

Lód jednak nieubłaganie podchodził do burt. Jeszcze pół mili. Już niemal czuję, jak lód ociera się o burty.

- Jeszcze trochę, błagam!

Siedzę cały odrętwiały. Już nie jestem w stanie ruszyć nawet palcem. Jeszcze parę kabli. I wtedy... czuję lekkie szarpnięcie...

- Kapitanie, czy możesz wyjść i zerknąć? Siedziałem w nawigacyjnej w bardzo niewygodnej pozycji. Chciałem wstać, ale nie mogłem, gdyż cały zdrętwiałem.

- Już chwileczkę. – odpowiedziałem.

Po chwili wróciło czucie w członkach. Wyjrzałem na pokład. Powoli noc wygrywała z dniem. W oddali latarnia Rozewie rozpoczynała swój conocny puls.

- Polski Horn – pomyślałem i na głos dodałem – O co chodzi?

- Kapitanie, wiatr tężeje.

- Tak, ... zarefujmy się przed nocą.

 

Jakie to dziwne człowiek ma sny, gdy się kimnie na chwilę w nawigacyjnej.

10 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page